W lipcu 1945 roku zostałem skierowany przez dyrekcję Okręgową Kolei Państwowych Gdańsk do Malborka na stanowisko komendanta rejonowego Służby Ochrony Kolei. Z Gdańska do Tczewa przyjechałem pociągiem. Poniważ dalej pociągi nie kursowały, pozostałą cześć drogi odbyłem pieszo. Kiedy zbliżyłem się do Wisły, stwierdziłem, że most jest zniszczony. Zacząłem więc zastanawiać się, w jaki sposób dostać się na drugi brzeg rzeki. Wkrótce odnalazłem rybaka, który za niewielką opłatą przewoził ludzi przez Wisłę. W ten sposób raz z innymi znalazłem się w Lisewie. Dalszą drogę wraz z przygodnie spotkanymi ludźmi odbyłem pieszo. Wieczorem znalazłem się w Malborku. Tu dowiedziałem się, że istniała już SOK, której komendantem był przedwojenny podoficer Wojska Polskiego z Bydgoszczy, niejaki Panek. Po krótkiej rozmowie i okazaniu dokumentów poprosił mnie do swego mieszkania przy ul. Klonowej 13, gdzie spędziłem pierwszą noc. Następnego dnia znalazłem mieszkanie, gdzie mieszkam do dnia dzisiejszego. Jeszcze tego samego dnia wspomniany komendant zapoznał mnie z zawiadowcą stacji – Koniecznym. Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP był pan Baśniak. Budynki stacyjne wyglądły tak samo jak dzisiaj. Pomiędzy torami leżały kupy śmieci. Za budynkiem poczty – idąc w kierunku poczty – stała duża, pokryta dachem drewniana szopa bez bocznych ścian. W niej magazynowano fortepiany i pianina, których żołnieże sowieccy pilnowali, a następnie ładowali do wagonów i wywozili w głąb Rosji. Tory kolejowe na trasie Malbork-Kwidzyn i Malbork-Myślice były rozebrane i wywiezione. Pozostały tylko podkłady. Mosty na Nogacie były wysadzone przez ustępujące wojska niemieckie. Od zwiadowcy stacji dowiedziałem się, że to on przejmował od przedstawicieli sowieckich władz wojskowych malborksą stację kolejową. Po ich odejściu poszedł do piwnicy, gdzie zauważył podłożony ogień. Znajdowało się tu dużo rzeczy łatwopalnych. Okazało się, że ogień podłozyli Rosjanie już po podpisaniu protokołu zdawczo-odbiorczego. Na szczęście ogień udało się ugasić. W przeciwnym razie stacja spaliłaby się. Jako komendant rejonowy wraz ze swoimi SOK-istami miałem obowiązek zabezpieczenia mienia kolejowego i bezpieczeństwa pasażerów na terenie powiatów: malborskiego, sztumskiego, elbląskiego i nowodworskiego. W tym czasie kursowały już pociagi z Malborka do Warszawy, Elbląga i Braniewa. Wszystkie pociągi były konwojowane przez strażników SOK. W Malborku zatrzymywało się dużo ludności niemieckiej, która po przenocowaniu na stacji, różnumi środkami komunikacji dostawała się do Tczewa, a stamtąd do Niemiec. Wśród zebranych na stacji ludzi przeważały kobiety i dzieci oraz mężczyźni a podeszłym wieku. W poczekalni SOK-iści nieraz musieli interweniować, gdyż ludność niemiecka była napastowana przez maruderów sowieckich i szabrowników. W porze wieczorowej i nocnej rozlegały się głosy gwałconych i wołających o pomoc kobiet. Wysłane tam patrole potwierdzały fakty gwałtów dokonywanych przez żołnieży sowieckich. W koszarach pełno było żołnieży, natomiast w budynkach przylegających do koszar mieszkali oficerowie, niektórzy nawet ze swoimi rodzinami. Pewnej nocy usłyszałem stukanie do swego mieszkania. Po odezwaniu się stwierdziłem, że przybysze rozmawiają ze sobą po rosyjsku. Gdy stwierdzili, że dzwonię na wartownię wzywając pomocy, oddali kilka strzałów w drzwi i szybko się oddalili. Na szczęście odbyło się bez ofiar. Przybyłemu potrolowi poleciłem spenetrować teren – ale bez rozultatu. Któregoś dnia otrzymałem meldunek, że na stacji kręci się trzech osobników: jeden w mundurze oficera WP, drugi w mundurze kolejarskim, a trzeci ubrany po cywilnemu. Okazało się, że byli to oficerowi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy przybyli w celu zorganizowania odpowiedniej placówki na PKP. Od nich dowiedziałem się, że moją osobę upatrzyli sobie na kierownika PUBP przy Oddziale Ruchowo-Handlowym w Tczewie. Obiecali, że otrzymam mieszkanie w Tczewie, stopień majora, umundurowanie i inne profity. Powiedziałem, że w tej sprawię muszę porozmawiać z żoną i udzielę odpowiedzi następnego dnia. Dzięki rozsądkowi mojej żony oddzwoniłem, że nie wyrażam zgody na objęcie promowanego mu stanowiska. Kiedy w 1949 r. Zostałem aresztowany, przypomnieli mu, że kiedy byłem mu potrzebny, odmówiłem pomocy, a teraz sam takiej potrzebuję.
Swoją 6-osobową rodzinę sprowadziłem do Malborka na początku września 1945 roku. Po zakończeniu działań wojennych przez Malbork przeciągały powracające z zachodu wojska sowieckie. Przez miasto kobiety w mundurach pędziły na wschód duże ilości bydła. Wśród poganiaczy byli również żołnieże frontowi. Od nich za 10 litrów bimbru można było nabyć krowę. Zamek malborski był bardzo zniszczony i w dodatku niestrzeżony. Mógł wejść do niego każdy, kto chciał. Na dziedzińcu Zamku Średniego lażały powalone na ziemię cztery posągi wielkich mistrzów wykonane z brązu. W piwnicach zamkowych zamagazynowano wiele wartościowych przedmiotów i duże ilości alkoholu. W czasie organizowania swego biura posłałem do zamku kilku strażników po materiały kancelaryjne. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast papieru przywieźli platformą konną butelki z wódką. Za wyładowaną w piwniyc wódkę, otrzymaliśmy od Rosjan krowy i inne materiały żywnościowe, które ratowały nas od głodu. W tym czasie łątwiej było o mięso niż o chleb, po który musieliśmy jeździć aż do Bydgoszczy. Z nabytymi od żołnieży sowieskich produktami nie było żadnych problemów, gdyż mieliśmy swego rzeźnika i kucharza. W późniejszym czasie otrzymywaliśmy paczki amerykańskie.
Komendant MO por. Marciniak odpowiadał mi, że przechodząc kiedyś koło zamku z ktp. Koszelą usłyszali dochodzącą stamtąd kłótnię. Po zastanowieniu się postanowili wejść do środka. Mieli przy sobie brań krótką. Tu, ku ich zdziwieniu, spotkali kilkuosobową grupę ludzi, przy których leżały duże ilości złotych kielichów i innych przedmiatów sakralnych stanowiących ogniś wyposażenie kościołów. Byli to ludzie z Warszawy, którzy nie mogli dojść do porozumienia w sprawie podziału łupów. Zatrzymali oni wówczas szabrowników wraz ze zrabowanym mieniem. Sam słyszałem o tym wypadku przez radio. Mówiono wówczas, że uczciwi oficerowie przekazali owe przedmioty do Muzeum Narodowego w Warszawie.
Tymczasem żcie w Malborku, do którego przyjeżdżało coraz więcej repatriantów i osadników, toczyło się dalej. W 1946 r. Zorganizowano tu pierwszy powóch pierwszomajowy. Również w dniu 3 maja miał miejsce pochód i nabożeństwo w kościele. W pochodach tych brały udział władze miejskie i partyjne. Proboszczem parafii był ks. Feliks Sawicki, wysiedlony z Wołynia. Początkowo SOK-iści i członkowie Ochoteniczej Straży Pożarnej chodzili do kościoła ze swoimi komandantami grupowo. Kiedy maszerowaliśmy do kościoła, śpiewaliśmy piosenki partyznackie, gdyż większość z nas walczyła w lasach i znała tą melodię. Za naszym oddziałem szły gromady dzieci, a nawet ludzie dorośli. Pierwsza procesja Bożego Ciała szła całą szerokością ul. Kościuszki. Procejsę prowadził ks. proboszcz Feliks Sawiski, w otoczeniu oficerów WP i kolejarzy. Lecz później, po przysłaniu do naszych jednostek “politrunków”, zabroniono nam chodzić grupowo do kościoła.
MOJE HOBBY ZAPROWADZIŁO MNIE DO MALBORKA
Rankiem 19 kwietnia stanałem na tczewskim brzegu Wisły, by popatrzeć na jej nurt, bo jak wilka ciągnie do lasu, tak mnie zawsze ciągnęło nad wodę. Na lewo od zburzonego mostu kolejowego pracował prom, obsługiwany przez wojskową ekipę radziecką. Promem przeprawiały się to w jedną, to w druga stronę tabory wosjkowe, różnego radzaju pojazdy armii radzieckiej. Z rzadka trafiali się cywile, więc i mnie naszła chętka przeprawienia się na drugą stronę. Nieskrępowany większym bagażem, przez nikogo nie indagowany, a również sam nikogo nie pytając o pozwolenie, wcisnąłem się pomiędzy pojazdy ustawione na promiei popłynąłem za Wisłę. Pierwszy raz w życiu stanąłem na tamtym brzegu i jakby nic, wraz ze sznurem pojazdów i grupką milczących cywilów, skierowałem się w stronę wału. Bez większego wrażenia minąłem leżącego trupa starszej kobiety, porozbijane pakunki, walające się różnego rodzaju naczynia, połamane wózki, porzucone, rozdarte walizki.
Za wałem pojazdy i ludzie rozpłynęli się, wszystko podążało gdzieś w swoim kierunku, ucichły nawoływania żołnieży, zagubił się warkot silników, grupka cywilów skierowała spieszne kroki w sobie wiadomum kierunku – i zostałem sam na bruku Lisewa. Że to było Lisewo jeszcze nie wiedziałem, dopiero później zauważyłem napis “Lissenau”. Przeszedłem całą wieś, nigdzie żywego ducha, gdzieś w oddali sylwetka człowieka. Instynktownie skierowałem się do budynku, w którym przeczuwwałem szkołę. W klasach porozrzucane, zdekompletowane długie czarne ławy, w jednej z głównych sal sporo narzędzi do zajęć praktyczno-technicznych. Zdjąłem z siebie jesionkę, zabrałem się do zbierania narzędzi i ich układania w szafie. Obszedłem inne sale, zajrzałem do izb mieszkalnych z pełnym, ale pozostawionym w nieładzie umeblowaniem, ze stołami zastawionymi kompletem brudnych naczyń i niedojedzonych potraw. Na podłodze baterie opakowań szklanych, zakrzepłe plamy rozlanych płynów, resztki odzieży itp., a przed progiem u wyjścia na podwórze zabita, wzdęta, z wyciętym pośladkiem – wielka krowa.
Ostatni obrazek zniechęcił mnie do dalszej penetracji i dałem się w dalszą drogę. Natknąłem się na drogowskaz z napisem “nach Marienburg 18 km”. Napis ten przypominał mi sceny o Jurandzie, Danusi, o zamku z “Krzyżaków”, a także o 18 km. Prawie błyskawicznie powstało postanowienie: - co mi to szkodzi zobaczyć ten Marienburg. Pogoda była możliwa, deszcz nie padał, nogi dość silne więc w drogę. /.../ Doszedłem do Kałdowa, które jest mieszaniną swych różnorakich zabudowań – pustką pootwieranych drzwi i okien, nieładem i zaśmieceniem ponad miarę – nikorzystnie się prezentowało. Wstępiłem w obejście szkoły przy obecnej ul. Głównej, obszedłem klasy na parterze, z kolei udałem się na pierwsze piętro. W załomie schodów tkwiło zwalone, czarne pianino. Widocznie stoczyło się ze schodów, na zakręcie wbiło się swym ciężarem między barierę a ścianę – i tak pozostało.
Było już późne popołudnie, gdy stanąłem nad Nogatem, z widokiem na zamek. Drewnianym mostem (był nieco inny niż obecny) pierwszy raz w życiu przechodziłem przez Nogat. Z lewej strony szerzyły się zęby zniszczone konstrukcje mostu kolejowego i mostu kołowego, na prawo od zamku wyciągały ramiona kikuty kominów i fragmenty scian po zburzonych budynkach Starego Miasta, a dalej w prawo dumna jak i dzisiaj – czerwieniła się znana wszystkim wieża ciśnień. Zamek od stronu Nogatu nie wykazywał bardziej widocznych zniszczeń. Czerwień ścian i dachów jego zabudowań, murów obronnychm budowli Starego Miasta, Gmach MRN stwarzał jakieś swoiste charakterystyczne uczucie smutku i przytłoczenia. Widok zamku od strony głównego wejścia, a szczególnie poszczerbione mury od strony południowo-wschodniej, olbrzymie wyrwy, odsłaniające fragmenty wnętrz pomieszczeń zamkowych, zniszczona wieża Zamku Wysokiego, rozbita kaplica i postrać Chrystusa, rozpiętego na ramionach wielkiego krzyża, umieszczonego na bocznej ścianie kaplicy zamkowej, a u dołu wraki rozbitych pojazdów, dział samobieżnych i czołgów pierścieniem okalających zamek – potęgowały uczucie smutku i przygnębienia. Ten niesamowity widok oraz cisza zalegająca wokół, stwarzały nastrój powagi, zmuszały do zatrzymania się i dokonania próby odtworzenia scen, jakie się w tym miejscu rozegrały.
Nie pamiętam, gdzie spędziłem pierwszą noc w Malborku. Przypominam sobie, że wszedłem do jakiegoś mniej okazałego domu i prawdopodobnie na jednej z górnych kondygnacji, w mieszkaniu z pełnym wyposażeniem zatarasowałem drzwi wejściowe i na jakiejś leżance zasnąłem. Następnego dnia znalzałem się na obecnej ul. Grunwaldzkiej, gdzie w pomieszczeniach dzisiejszego narożnego sklepu spożywczego już istniała pierwsza w Malborku stołówka dla grupy Polaków, którzy rozpoczęli pracę nad organizowaniem władzy ludowej i odbudową normalnego życia. Tego samego dnia jako sekretarz Urzędu Ziemskiego zająłem się orgaznizowaniem kancelarii, ściągniem materiałów i przyborów piśmiennych, załatwianiem korespondencji i wypisywaniem zaświadczeń na przydział działek rolnych i ogródków działkowych. Kierownikiem tej placówki był ciągle pykający fajkę inż. Edmund Chełchowski, a sprawy finansowe prowadził nieżyjący już dziś pan Wiech. Wykonany przeze mnie szyld “Urząd Ziemski w Malborku” wywołał gorącą dyskusję wokoło pisowni końcówki w nazwie “Malbork” czy “Malborg” i przez długi czas jedni pisali przez “k” inni, których w pewnym okresie było nawet więcej, pisali przez “g”, co uwidaczniały niektóre pieczęcie urzędowe. /.../ My, Polacym, mieliśmy dwucześciowe legitymacje przepustki, wydane z jednej strony w jezyku polskim z podpisem i pieczątką Pełnomocnika Rządu RP, a z drugiej w języku rosyjskim z podpisame i pieczątką “Komendanta Marienburg”. Na rękawach jedni nosili opaski biało-czerwone, inni czerwone.
Od czasu do czasu zachodziałem nad Nogat, by znalezionymi wędkami popróbować szczęścia. I rzeczywiście szczęście dopisywało. Takiej rybnej wody, jaką był Nogat w pierwszych latach powojennych, jeszcze w swoim życiu nie wiedziałem. W pierwszych dniach maja 1945 roku do Malborka zaczęły napływać transporty repatriantów, a również coraz więcej przybywało rodzin niemieckich z powojennej wędrówki. Malbork ożywił się. Dzieci w Malborku przybywało, więc z końcem maja 1945 roku opusciałem Urzęd Ziemski i przystąpiłem do organizowania szkoły. Do pracy wykorzystywano również obywateli niemieckich. Miejscem zbiórki każdego ranka był teren obecnego lodowiska i placu targowego (wówczas strzelnica) i właśnie na tym terenie z rozkazu władz zbierali się Niemcy obojga płci i stąd byli zabierani do pracy. Codziennie rano chodziłem na plac apelowy, gdzie wyznaczano mi kilka kobiet niemieckich do pracy.
Prowadziłem je do budynku obecnego Liceum Ogólnokształcącego i rozpoczynałem sprzątanie, wstawianie szyb, ustawianie ławek, naprawę tabloc, gromadzenie kredy. W widocznych miejscach naszego obecnego śródmieścia rozwiesiłem następujące ogłoszenie '...'. Nauka rozpoczęła się 11 czerwca 1945 roku i trwała do 19 lipca tego roku. Szkoła posiadała trzy klasy i była pierwszą polską placówką oświatową po długich latach niewoli. Nowy rok szkolny 1945/46 rozpoczął się 5 września 1945 roku w uprzednio przygotowanym do zajęć budynku dawnej szkoły poszechnej ul. Żeromskiego 45.
MOJE WSPOMNIENIA ZE STACJI PKP MALBORK
Po wyzwoleniu Malborka przez wojska radzieckie w marcu 1945 roku i po ustaniu działań wojennych mosty na rzece Nogat i Wiśle były zerwane, a stacja kolejowa powaznie zdewastowana. Czynne były tylko dwie linie kolejowe na odcinkach: Iława-Malbork i Malbork-Elbląg. Stacja została obsadzona przez kolejowe oddziały wojsk radzieckich. Już w kwietniu 1945 roku przybyła tutaj polska kompania SOK w ilości 180 ludzi, która zaczęla ochraniać ważne obiekty kolejowe przed dalszą dewastacją. Dowódcą kompanii był ob. Panek , a większość strażników wywodziła sie z danych partyzantów i członków ruchu oporu z województwa kieleckiego i łódzkiego. Byli to ludzie odważni i zdyscyplinowani, którzy z czasem przeszli do innych służ, a wielu z nich do dziś pracuje na PKP w Malborku.
31 maja 1945 roku przybyła do Malborka pierwsza grupa pracowników służby ruchu, skierowana z Tczewa pociągiem przez Smętnewo-Prabuty na polecenia DOKP Gdańsk. Dyrekcja urzędowała w tym czasie w Bydgoszczy. Wtedy w budynku stacyjnym na piętrze urzędował już pierwszy zawiadowca stacji Władysław Konieczny, mianowany przez DOKP. Mieszkał tutaj z rodziną. W grupie pierwszej znajdowali się .... . Umieszczono nas w starej noclegowni na piętrze. Byłą to pora ciepła, więc każdy na słomie się przespał. Następnego dnia została wyznaczona służba. Podzielono nas na trzy zmiany i przydzielono jako podwójną obsadę do kolejarzy radzieckich. Przez cały pierwszy tydzień zapowiadano pociągi po łączności selektorowej w języku rosyjskim. Linie kolejowe z Malborka przez myślice do Olsztyna i Malborka do Torunia przez Grudziądz były rozebrane. Kursowały tylko pociągi wojskowe w kształcie podkowy: Iława-Malbork-Elbląg i z powrotem. Na liniach tych czynne były tylko cztery stacje: Iława-Prabuty-Malbork-Elbląg.
7 czerwca 1945 roku, stacja Malbork została przekazona przez wojska radzieckie władzy polskiej, tj. PKP. Jakie były wtedy warunki pracy i płacy, łątwo sobie wyobrazić. W nocy z 6 czerwca na 7 czerwca wojska Kolei Radzieckich spaliły celowo pomieszczenia w budynku naprzeciw koszar., gdzie mieściły się telegraf i telefony i odjechały rano w kierunku Elbląga. Pozostała tylko łączność za pomocną pisemnych zgłoszeń. Nieczynne były semafory i rozjazdy. W zdewastowanych nastawniach iglice przekładano za pomocą łomów. Byliśmy bez żadenj łączności telefonicznej i telegrafiznej przez cały czerwiec 1945 roku. Pociągi kursowały abrdzo rzadko w umówionych odstępach dwóch godzin. Szybkość ich wynosiła od 15-20 km/h. Brak było kompletnie urządzeń zabezpieczających ruch pociągów. Nie były czynne semafory wyjazdowe i wjazdowe. Pociągi wjeżdzały na rozkazy szczególne. Brak było nawet przeciwwag do rozjazdów, które pracownicy przekładali łomami, każdą iglice oddzielnie. Cała zmiana poracowników służby ruchu mieściła się na parterze nastawni MB, a po każdy pociąg trzeba było wychodzić do pierwszej zwrotnicy wjazdowej, skąd pracownik pilotował go pomału na stację.
W mieście i na stacji brak było prądu, gazu i wody. Czynna była tylko jedna studnia w obrębie stacji, od strony alei Wojska Polskiego, w ogrodach budynku PKP, gdzie czekały długie kolejki ludzi po wode pitną. Nocne służby organizowaliśmyprzy latarniach stajennych i przy lampach karbidowych, które pracownicy przywieźli ze sobą, a beczkę karbidu znaleźliśmy w piwnicy stacyjnego budynku, któego wygląd był opłakany. Wszędzie brak było szyb, w wiatr hulał, robiąc przeciągi. Pomieszczenia poczekalni były przepełnione ludźmi, zwłaszcza Niemcami i autochtonami, którzy wracali z ucieczek na swoje miejsca.
Na ulicy Kościuszki był zwał gruzów od obecnego sklepu rybnego przez całą ulicę na wysokości kilku metrów. Sklepy i punkty usługowe nie były czynne. W mieście można było zauważyć od czasu do czasu szabrowników, którzy, co tylko dało się “zorganizować”, zwozili do zajmowanych mieszkań. W pierwszym okresie brakowało zwłaszcza chelba, mąki, mięsa, cukru, tip., tj. podstawowych poroduktów potrzebnych do życia. W powietrzu unosił się zaduch rozkładanych ciał, które można było znaleźć w zakamarkach miasta i parku. Większość całych domów na przedmieściu Piaski I i ulic od Cukrowni do Nowej Wsi oraz ul. Grunwaldzka zajęte były przez wojska radzieckie. Po dwóch tygodniach pobytu 14 czerwca 1945 roku my, pracownicy stacji, zameldowaliśmy się w Komendzie Miasta, gdzie otrzymaliśmy dowód zameldowania w języku polsko-rosyjskim.
Kolejarze więc byli jednymi z pierwszych, którzy przybyli do malborka. Przed nami były już wyładowane trzy transporty repatriantów w województwa wołyńskiego, którzy zajęli przeważnie budynki gospodarcze na przedmieściach Malborka. Od nich właśnie kupowaliśmy mleko, które było bardzo potrzbne dla nas i dla dzieci. Jeden z transportów repatriantów stał na przeciw Parowozowni Malbork i nie chciał się wyładować, uważając, że są to tereny niebezpieczne. Wybuchła tam epidemia tyfusu, przez co tory od 101-117 są nazywane do dzisiaj “tyfusem”, bo wtedy pracownicy nie wiedzieli jak nazwać te tory. Potem, po usilnych zabiegach wyładowali sie wreszcie z wagonów. Na niektórych torach stacji Malbork były wyrwy do 20-50 cm u przejazd, zwłaszcza po bocznych torach był bardzo utrudniony i niebezpieczny. W czerwcu razem z trzema pracownikami ruchu zająłem wolne mieszkanie przy ul. Wiosennej 21. Na dowód zajęcia mieszkania wywiesiliśmy flagę polską i na drzwiach kartkę z napisem: “mieszkanie zajęte...”
W lipcu przyjechała grupa przydzielonych 20 pracowników, którzy obsadzili kasy: towarową, stacyjną i biletową. W sierpiniu ruszyły pierwsze pociągi pasażerskie z tzw. “towosków”, tj. Wagonów towarowych tymczasowow przydzielonych do przewozu podróznych. W miesiącu lipcu 1945 roku łącznościwocy PKP doprowadzili wreszcie łączność telefoniczną pociągową z Prabutami i Iławą po jednym przewodzie, co dało możłiwość porozumienia się w sprawach pociągów. Jeszcze nadal brak było żywności i sklepów. Pierwszym kierownikiem biura personalnego na stacj ibył Leon Kraiński, a zaopatrzeniowcem Ignacy Drumiński.
W Parozowni Malbork maszyniści urychomili dwa stare parowozy typu belgijskiego i austriackiego, które zaczęły pracowac przy przetkoach. Bufet stacyjny objęła rodzina Walenciaków, która częściowo zaspokajała potrzeby podróżnych w tych trudnych czasach. Powstawiano szyby w oknach i na zimę 1945/46 budynek stacyjny był oszklony. Służba zabezpieczenia, która w międzyczasie się zorganizowała, zaczęła działać. Podłączyła głównie rozjazdy na obsługę ręczną, nie uzalezniona jeszcze od semaforów, a dyżurnego ruchu przeniesiono na peron trzeci, zaprowadzając połączenia telefoniczne na posterunki, co miało dać możliwość kierowania ruchem po torach głównych stacji...
Dużą pomoca dla pracowników kolejowych była stołówka kolejowa przy ul. Dworcowej, gdzie za drobną opłatą można było kupić obiad lub talerz ciepłej zupy. Na zimę w październiku lub listopadzie 1945 roku, podłączono na stacji wodę miejską, co poważnie ułatwiło nam pracę.
W odbudowie zniszczonych urządzeń zabezpiczających wyróżnili się tacy pracownicy służby zabezpieczeniach ruchu. Włożyli oni dużo pracy, aby zniszczone urządzenia najpierw przsytosować do obsługi ręcznej według tablic kluczowych, skrzyń i bloków zabezpieczających, a następnie do uruchomienia zastawni mechanicznej oraz urządzenia elektryczne, co dało możliwość zwiększenia biegu pociągów z 20 km/godz. do 80 km/godz. Zwiększyła się też ilość kursujących pociągów, co poprawiło zaopatrzenie miasta i powiatu w niezbędne artykuły potrzebne do odbudowy. Oddano wreszcie w roku 1947 most na rzece Nogat, co prawda tylko jednotorowy z dostaw UNRRA. Przedłużono zatem kursowanie pociągów do Lisewa, a przez Wisłę nadal przejeżdżano promem. Odbudowano dwie linie kolejowe: Malbork-Myślice-Olsztyn i Malbork-Toruń przez Grudziądz. Kolejarze stacji Malbork w roku 1946 zaczęli sprowadzać rodziny i życie zaczęło się normować...
LATA MINIONE
Wiosną 1945 roku po całkowitym zakończeniu działań II Wojny Światowej droga do Malborka prowadziła mnie przez miasto Tczew. Rzekę Wisłę przepłynąłem prowizorycznym drewnianym promem, ciągnionym żelazną liną przez czterech bardzo silnych mężczyzn. Dalszą 18 km drogę z Lisewa do Malborka odbyłem piechotą z walizką w ręku. Żadne bowiem pociągi na tym odcinku drogi nie kursowały w tym czasie, a to z powodu zburzonych mostów kolejowych i miejscami zerwanych torów. Inne środki komunikacji z Tczewa do Malborka nie istniały w ogóle.
Przemierzając tę trasę krok za krokim, ze sumtkiem spoglądałem na napotykane po drodze wisoki, w których jakby wygasło życie. Wszędzie panoszyły się bujnie rosnące na polach chwasty. Gdzieniegdzie mijałem zepchnięte z drogi zniszczone czołgi pozostawione przez uciekające wojska niemieckie. Szedłem bez wypoczynku, aby jak najprędzej znaleźć sie w wyzwolonym Malborku. Zatrzymałem się dopiero, gdy stanąłempo raz pierwszy w swoim życiu nad rzeką Nogat, którą z trudnością poznałem, przechodząc ostrożnie po kładkach zbitych z desek i chwiejących się. Wchodząc do Malborka od strony Kałdowa, ujrzałem leżące w gruzach dawne zabudowania Starego Miasta, zniszczone w wyniku działań wojennych. Rozpoznałem tylko poważnie uszkodzony ratusz, w którym mieścił się dawny niemiecki magistrat, zamek malborski i mniej uszkodzony kościół św. Jana.
Malbork z zamkiem krzyżackiem znałem tylko z historii, toteż mimo zmęczenia długą pieszą podróżą, w samym dniu wstąpiłem do zamku. Kiedy już przekroczyłem zwodzony most drewniany i stanąłem w bramie osłaniającej dziedziniec zamkowy, omal nie cofnąłem się z przerażenia. Na dziedzińcu zobaczyłem okazałej wielkości posągi byłych cesarzy i wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego butnie spoglądających, jakby zagradzającymi mi wstęp do zamku. Za chwilę strach minał, gdyz przyglądając się tym postaciom bliżej, zauważyłem, że są one podziurawione strzałami z karabinów. Będą już pewniejszym siebie, poszedłem obejrzeć stojącą otworem Salę Rycerską. Dalsze zwiedzanie komnat zamkowych uniemożliwiały zwały gruzów i grożące życiu niebezpieczeńśtwo.
Po paru tygodniach po raz drugi w życiu stanąłem na dziedzieńcu zamku malborskiego, ale już twardą stopą i z wielką dumną narodową, bo brałem udział w uroczystym zawieszeniu na tym gmachu historycznego Godał Polskiego na północnej wewnętrzenej ścianie od strony dziedzińca. Nie dostrzegłem już wówczas wspomnianych posągów cesarzy i wielkich mistrzów – władców tego zamku. Musieli oni opuścić swój posterunek w nadnogackiej twierdzy. Wartę w tym miejscu trzymała teraz honorowa kompania Wojska Polskiego, przybyła na historyczną uroczystość zawieszenia Godła Polskiego – Białego Orła.
Nawiązując do wspomnień pierwszego dnia pobytu w Malborku, poważnie zastanawiałem się wieczirem, gdzie znajdę nocleg. Dowiedziałem sie, że działa już Państwowy Urząd Repatriacyjny, więc udałem się do niego. Tam zapewniono mi nie tylko nocleg, ale i niezłe, jak na te czasy, wyżywienie. Drugiego dnia z samego rana skierowłem swe kroki do miasta, aby zwiedzić śródmieście, gdzie zobaczyłem większość budynków zniszczonych. Chodziłem środkiem jezdni, gdy ze sterczących zębów ścian i walących się kominów spadały zwały cegły, co zagrażało życiu. Na zburzonych sklepach poniemieckich i cmentarnych nagrobkach rzucało się wiele nazwisk o brzmieniu polskim. Nie można było spotkac ludzi poza osobami wojskowymi. Napotkani miejscowi mieszkańcy zwracają się twarzą do mnie, mówili “gut morgen”, a niektórzy podnosili rękę do góry, jak im wpajano na “Heil Hitler”. Jednakże orientując się, że mają do czynienia z nowymi gospodarzami taj ziemi, szybko opuszczali rękę do dołu.
Rozglądają się za ewentualnym mieszkaniem, napotkałem w dzielnicy Wielbark mały domek przy ul. Polnej, juz oszabrowany. Do domku tego sprowadziałem niebawem swą rodziną i zamieszkałem w nim na stałe. W domku tym nie było żadnych urządzeń wodociągowych, elektrycznych i gazowych . Wodę zmuszony byłem czerpać ze studni oddalonej o cały kilometr od miejsca swojego zamieszkania.
Aby zapownić sobie i rodzinie jakieś znośne warunki bytowe, udałem się do ówczesnego Starostwa Powiatowego, oferując swą pracę. W tym czasie było bardzo mało chętnych do pracy, gdyż część przybyłych na te tereny wolała szbrować i trudnić się spekulacją, co przynosiło znacznie lepsze korzyści. Urzędujący w tym czasie starosta powiatowy Augustyn Szpręga przyjął mnie bardzo życzliwie i z wielkim zadowoleniem, oświadczając, że nie mamy jeszcze nalezycie zorganizowanego Urzędu stanu Cywilnego. Skutek jest taki, że noworodki nie mają sporządzonych aktów urodzeń, narzeczeni czekają na swe śluby, a zwłoki chowa sie bez uprzedniego sporządzenia aktu zgonu. Z miejsca zaproponował mi zorganizowanie USC i objęcie stanowiska urzędnika stanu cywilnego. Ranga teog urzędu była mi nieco znana, ponieważ do wyjazdu zza Buga pracowałem w terenowej radzie narodowej w Janówce. Zatem propozycję tą przyjąłem i przystąpiłem do orgznizowania Urzędu Stanu Cywilnego. Jednak nominacja na to stanowisko musiała być zatwierdzona przez Pełnomocnika Rządu Rzeczypospolitej Polskiej. Taką nomicnaję otrzymałem.
Pierwszą moją czynnością było odszukanie ksiąg stanu cywilnego w administracji poniemieckiej i lokali, odpowiadających zabezpieczeniu tych ksiąg. Znalazłem te księgi porozrzucane w korytarzach i piwnicach - wszystkie tomy począwszy od r. 1874 do miesiąca stycznia 1945 r. tj. Wprowadzenia świeckiej rejestracji na tym terenie i to w dwóch tomach każdą księgę. Te drugie tomy, tzw. Wtóropisy na zarządzenie władz zwierzchnich, zostały przekazane w 1949 r do NRD. Lokal na umieszczenie USC znalzałem w Zarządzie Miejskim, lecz okna nie miały szyb i krakowało szkła na oszklenie. Onka te zostały oszklone w późniejszym czasie.
Wypisując metryki z tych ksiąg, stwierdziłem w nich większość nazwisk o brzemienu polskim..., co świadczy o polskości zemi malborskiej. Stwierdziłem również, że nazwiska o brzmieniu poslkim za czasó władzy hitlerowskiej w latach 1934-1944 były przymusowo zmieniane na nazwiska o brzemienu niemieckim, co wynika ze wzmianek umieszczonych na marginesie akt. Aby USC mógł w pełni działać, trzeba było założyć nowe księgi stanu cywilnego, lecz w całym mieście nie mogłem znaleźć czystego papieru. Siłą faktu musiałem uzyć do tego celu makulatury z niemieckim pismem, a miejscowa drukarnia dokonałą odpowiedniego nadruku w jezyku polskim na drugiej stronie.